
TL;DR: Praca w korpo i freelance to nie bitwa dobra ze złem, tylko dwa różne zestawy kłopotów. Korpo daje stałą pensję, płatny urlop, L4 i święty spokój z fakturami, a zabiera czas na spotkania, dojazdy i poczucie, że decyzje zapadają trzy piętra wyżej. Freelance daje wolność, wybór klientów i brak sufitu w zarobkach, ale w pakiecie dostajesz nieregularne przychody, zero płatnego urlopu i dziesięć etatów naraz: handlowca, księgowej, informatyka i działu reklamacji. Po 13 latach na swoim nie zamieniłbym się, ale też nikomu nie wmawiam, że to jedyna słuszna droga.
Są dwa rodzaje ludzi. Jedni w niedzielę wieczorem czują lekki ucisk w żołądku, bo jutro poniedziałek. Drudzy w niedzielę wieczorem odpisują klientowi, bo przecież „to tylko jedna drobna poprawka”. Pierwsi pracują w korpo, drudzy są freelancerami. A potem jedni zazdroszczą drugim, i to w obie strony.
Od 2013 roku pracuję na swoim, robię strony internetowe i SEO. Przez ten czas wysłuchałem dziesiątek rozmów ze znajomymi z open space’ów, którzy pytali „jak to jest?”, i równie wielu rozmów z freelancerami, którzy po cichu przeglądali oferty pracy na etacie. Ten wpis nie jest poradnikiem kariery ani reklamą wolności. To raczej luźna rozkmina przy kawie: co naprawdę daje praca w korporacji, co daje freelance i dlaczego odpowiedź „to zależy” wcale nie jest wymijająca.
Poniedziałek, 8:59. Dwa światy
Korpo, poniedziałek, 8:59. Karta przy bramce, winda, „cześć, jak weekend?”, kawa z ekspresu, który znowu woła o odkamienienie. O 9:30 daily, o 10:00 spotkanie w sprawie spotkania, o 11:00 call z oddziałem w Krakowie, na którym połowa osób ma wyłączoną kamerę i włączone poczucie winy. Do pracy właściwej siadasz koło 14:00.
Freelance, poniedziałek, 8:59. Budzik nie dzwonił, bo nie musiał. Kawa z kubka z napisem, który dostałeś od klienta. Otwierasz pocztę, a tam trzy maile: jeden klient pyta, czy da się „na szybko” zmienić całe menu, drugi przypomina, że miało być na piątek (miało być na przyszły piątek, ale kto by to sprawdzał), a trzeci to faktura do zapłaty za hosting. Do pracy właściwej też siadasz koło 14:00, tylko w dresie.
Brzmi znajomo? To dlatego, że w obu światach praca składa się w połowie z pracy, a w połowie z ogarniania wszystkiego dookoła. Różnica polega na tym, kto to ogarnianie wymyśla.
Co naprawdę daje praca w korpo (uczciwie)
Wśród freelancerów modne jest wyśmiewanie korporacji. Ja tego nie robię, bo korpo ma kilka atutów, których na swoim po prostu nie ma i nigdy nie będzie.
- Pensja przychodzi sama. Dziesiątego, co miesiąc, bez przypominania i bez „przelew wyślemy jutro, bo księgowa na urlopie”. Ten spokój jest wart więcej, niż się wydaje, szczególnie przy kredycie.
- Płatny urlop i L4. Na etacie przysługuje 20 albo 26 dni płatnego urlopu w roku. Na swoim każdy dzień wolny to dzień bez zarobku, a chorobowe masz tylko wtedy, gdy sam opłacasz dobrowolną składkę i przebrniesz przez formalności.
- Ktoś inny martwi się papierami. Podatki, składki, umowy, sprzęt, licencje na oprogramowanie, odkamienianie ekspresu. Wszystko to robi ktoś inny.
- Ludzie wokół. Wspólny lunch, kolega, który wie, jak to zrobić w Excelu, i ten jeden człowiek z działu IT, który naprawia wszystko, mrucząc pod nosem. Freelance bywa samotny, i to bardziej, niż ludzie zakładają.
- Nauka na cudzym budżecie. Szkolenia, konferencje, duże projekty, do których jako solista nie miałbyś dostępu. Wiele osób, które dziś świetnie radzą sobie na swoim, nauczyło się fachu właśnie w korpo.
Do tego dochodzą benefity, czyli karta sportowa, owocowe czwartki i pizza na integracji. Żartujemy z nich, ale pakiet medyczny przy dwójce dzieci przestaje być śmieszny bardzo szybko.
Ciemna strona open space’u
Teraz druga strona medalu. Najczęściej słyszę od znajomych z korporacji nie „za mało zarabiam”, tylko „nie mam wpływu”. Pomysł przechodzi przez pięć akceptacji, wraca zmieniony nie do poznania, a na koniec i tak wdraża się ten, który wymyślił ktoś z centrali. Atmosfera niektórych zebrań przypomina scenę z „Misia” Barei, gdzie wszyscy zgodnie śpiewają „łubu dubu, łubu dubu, niech żyje nam prezes naszego klubu”, choć nikt nie wie po co.
Do tego dochodzą:
- Dojazdy. Godzina w jedną stronę to dziesięć godzin tygodniowo, czyli ponad pół roku życia w ciągu dekady spędzonego w korkach i tramwajach.
- Spotkania. Każdy, kto był na spotkaniu, które mogło być mailem, wie, o czym mówię. Każdy, kto był na mailu, który powinien być jednym zdaniem, też.
- Sufit. Podwyżki według tabelki, awans co kilka lat, jeśli zwolni się stołek. Możesz pracować dwa razy lepiej niż kolega obok i zarabiać tyle samo.
- Dzień świstaka. Jak w filmie z Billem Murrayem: ten sam open space, te same twarze, ten sam raport co miesiąc. Dla jednych to stabilność, dla innych powolne gaśnięcie.
Jeśli czytając tę listę, kiwasz głową trochę za mocno, to sygnał, żeby poważnie pomyśleć o zmianie. Niekoniecznie od razu na freelance, czasem wystarczy inny zespół albo mniejsza firma.
Freelance: wolność, ale z gwiazdką
Na Instagramie freelance wygląda tak: laptop, plaża na Bali, drink z parasolką. W praktyce plaża jest za jasna, żeby cokolwiek zobaczyć na ekranie, piasek wchodzi w klawiaturę, a Wi-Fi w barze rwie się co pięć minut. Prawdziwy freelance to częściej kuchenny stół w Legionowie i kot, który postanowił położyć się dokładnie na klawiaturze.
Wolność jest prawdziwa, to fakt. Sam wybierasz, z kim pracujesz, kiedy pracujesz i ile bierzesz za swoją pracę. Możesz odebrać dziecko ze szkoły o 13:00 i nikt nie robi Ci z tego wyrzutów. Możesz odmówić klientowi, który od pierwszego maila wysyła sygnały ostrzegawcze. I nie masz sufitu: jeśli robisz lepiej i więcej, zarabiasz więcej.
Gwiazdka jest jednak napisana drobnym drukiem i brzmi mniej więcej tak:
- Jesteś całą firmą. Handlowcem, księgową, informatykiem, działem obsługi klienta, windykacją i sprzątaczką. Robota, za którą ktoś płaci, to może połowa Twojego czasu.
- Przychody falują. Jeden miesiąc jest świetny, drugi przypomina kiepski sezon w nadmorskiej smażalni. Bez poduszki finansowej każda fala odpływu jest stresująca.
- Nikt nie płaci za urlop. Dwa tygodnie wakacji kosztują Cię dwa tygodnie zarobków, a po powrocie czeka zaległa poczta.
- Składki i podatki. ZUS przychodzi co miesiąc niezależnie od tego, czy klient zapłacił. Ulgi na start pomagają przez pierwsze miesiące, ale potem kończą się szybciej, niż byś chciał.
- Granica między pracą a domem jest cienka. Laptop stoi w salonie, telefon leży na stole, a klient pisze w sobotę o 22:00, bo „i tak pewnie nie śpisz”.
Wolność freelancera polega więc nie na tym, że nie ma obowiązków, tylko na tym, że sam je sobie układasz. Dla jednych to najlepsza rzecz na świecie, dla innych źródło bezsenności.
Mity o freelancerach, które słyszę od lat
Skoro jesteśmy przy rozkminach, kilka zdań, które słyszę od znajomych i rodziny przy świątecznym stole:
- „Ty to masz dobrze, nie masz szefa.” Nie mam jednego szefa. Mam kilkunastu, każdego z innym pomysłem na to, jak powinna wyglądać strona, i każdy jest przekonany, że jest jedynym klientem.
- „Pracujesz w piżamie.” Bywa. Ale do rozmowy na kamerze zakładam przynajmniej koszulę. Dolna połowa to już tajemnica zawodowa.
- „Skoro jesteś w domu, to masz czas, żeby…” Odebrać paczkę dla sąsiada, przyjąć hydraulika, pomóc cioci z telefonem. To zdanie słyszy chyba każdy freelancer i każdy ma na nie swoją wypracowaną minę.
- „Freelance to dla tych, co nie dostali pracy na etacie.” Wręcz przeciwnie. Żeby utrzymać się na swoim, trzeba być dobrym w fachu i jeszcze umieć znaleźć klientów. To dwa egzaminy naraz.
Korpo ma swoje mity, freelance ma swoje. Prawda zwykle leży gdzieś pomiędzy, najczęściej obok kubka zimnej kawy.
Kiedy korpo, a kiedy freelance?
Nie ma uniwersalnej odpowiedzi, ale są pewne wzorce. Z moich obserwacji wynika mniej więcej coś takiego.
Korpo raczej dla Ciebie, jeśli:
- stała pensja jest dla Ciebie ważniejsza niż potencjalnie wyższe, ale nieregularne zarobki,
- dopiero zaczynasz i chcesz się uczyć od lepszych od siebie, na dużych projektach,
- lubisz pracę w zespole i energię ludzi wokół,
- po 17:00 chcesz zamknąć laptopa i naprawdę o nim zapomnieć.
Freelance raczej dla Ciebie, jeśli:
- masz już fach w ręku i ludzi, którzy wiedzą, że jesteś w nim dobry,
- umiesz się zorganizować bez szefa za plecami (szczerze, bez oszukiwania siebie),
- nie paraliżuje Cię myśl, że w przyszłym miesiącu może być mniej zleceń,
- lubisz rozmawiać z klientami, negocjować i tłumaczyć, a nie tylko „robić swoje”.
Jest też trzecia droga, o której mówi się za rzadko: etat plus zlecenia po godzinach. To niezły sposób, żeby sprawdzić, czy freelance Ci w ogóle odpowiada, zanim spalisz mosty. Wielu moich znajomych zaczynało właśnie tak.
Jak zostać freelancerem i nie zwariować
Jeśli po tym wszystkim nadal myślisz o przejściu na swoje, kilka rad z mojego doświadczenia. Nikt mi ich nie dał w 2013 roku, a bardzo by się przydały.
- Odłóż poduszkę. Minimum kilka miesięcy kosztów życia i składek. Pierwsi klienci płacą wolniej, niż obiecują, a spokój w głowie pozwala odmawiać złym zleceniom.
- Miej pierwszych klientów, zanim odejdziesz. Choćby jednego czy dwóch. Start od zera to stres, którego można uniknąć.
- Nie zaniżaj cen. Najtańszy freelancer przyciąga najtrudniejszych klientów. Wliczaj w stawkę urlop, chorobowe, sprzęt i czas na rzeczy, za które nikt nie płaci.
- Spisuj ustalenia. Nawet krótki mail z zakresem prac oszczędza miesiące nerwów. Więcej o tym, jak dobrze ułożyć współpracę, pisałem we wpisie o udziale klienta w projekcie.
- Zrób sobie wizytówkę w sieci. Klienci sprawdzają freelancera w Google, zanim do niego napiszą. Prosta, porządna strona z portfolio robi więcej niż dziesięć postów na Facebooku.
- Ustal godziny pracy i trzymaj się ich. Telefon po 19:00 nie musi być odbierany. Serio. Świat się nie zawali, a klient przyzwyczai się szybciej, niż myślisz.
- Znajdź swoich ludzi. Innych freelancerów, z którymi można pogadać, wymienić się zleceniami i ponarzekać. Samotność to najbardziej niedoceniany koszt pracy na swoim.
Moja odpowiedź po 13 latach
Gdyby ktoś zapytał mnie, czy wróciłbym do etatu, odpowiedziałbym, że nie. Nie dlatego, że korpo jest złe, tylko dlatego, że ja jestem źle skrojony do korpo. Lubię mieć wpływ na to, z kim pracuję, lubię widzieć efekt swojej pracy od pierwszego szkicu do działającej strony, i lubię to, że mogę w środę o 11:00 pójść na spacer, kiedy głowa potrzebuje przewietrzenia.
Ale znam też świetnych ludzi, którzy spróbowali freelance’u i po roku wrócili na etat szczęśliwsi. To nie porażka, to wiedza o sobie. Jak mawiał Forrest Gump, życie jest jak pudełko czekoladek. Korpo to pudełko z rozpiską na wieczku, freelance to pudełko bez rozpiski. W obu są czekoladki, które smakują świetnie, i takie, które wypluwasz.
Najczęstsze pytania
Czy freelancer zarabia więcej niż pracownik korporacji?
Może, ale nie musi. Freelancer nie ma sufitu, za to sam płaci składki, podatki, sprzęt i urlop. Porównując zarobki, odejmij od stawki freelancera te koszty i dni bez zleceń. Dopiero wtedy wynik jest uczciwy.
Jak zostać freelancerem bez doświadczenia?
Najbezpieczniej zacząć od zleceń po godzinach, będąc jeszcze na etacie. Zbierasz portfolio, pierwsze opinie i sprawdzasz, czy ten styl pracy Ci odpowiada. Na pełny etat freelancera warto przejść dopiero z kilkoma stałymi klientami i oszczędnościami na kilka miesięcy.
Czy praca w korpo to dobry start kariery?
Dla wielu osób tak. Korporacja daje dostęp do dużych projektów, szkoleń i doświadczonych ludzi, od których można się dużo nauczyć. Spora część dobrych freelancerów zdobyła fach właśnie na etacie, a dopiero potem przeszła na swoje.
Korpo czy freelance, strona i tak się przyda
Jeśli właśnie zaczynasz przygodę na swoim albo masz małą firmę i chcesz, żeby klienci znajdowali Cię w Google, pomogę. Zajmuję się tworzeniem stron www dla małych firm i freelancerów: prostych, szybkich i takich, które naprawdę przynoszą zapytania. Zadzwoń: +48 606 719 343 albo napisz: lukasz@freelancerka.com. Odpisuję w godzinach pracy, a czasem, jak każdy freelancer, trochę po nich.




